Tradycja

Autor: 
Doherty, Mark
Tytuł oryginalny: 
Trad
Przekład: 
Rozhin, Klaudyna
Gatunek: 
Dramat
Szczegóły: 
publikacja: Tradycyjnie w opozycji, antologia młodego dramatu irlandzkiego
Obsada kobiety: 
1
Obsada mężczyźni: 
2
Prapremiera: 
Galway Arts Festival w 2004 roku
Prapremiera polska: 
Teatr Druga Strefa, Warszawa, Mai 2008

Oryginalna i intrygująca, trochę dziwna sztuka. Rzecz się dzieje na pewno w Irlandii i raczej współcześnie. Bohaterami są ojciec i syn. Syn ma sto lat. Ile ma ojciec - możemy się tylko domyślać. Obaj żyją w izolacji od świata, nawet od wioski, w pobliżu której mieszkają. Z ich rozmów i wspomnień wyłania się przygnębiający obraz świata ich wspomnień, narzekań i samotności. Syn oszukuje ojca opowiadając, że pije wieczorami w pubie, że bawi się jak prawdziwy mężczyzna, wszczyna bójki, ale to tylko kłamstwa. Jest przywiązany do domu i ojca, boi się otaczającego go świata.  Ojciec pławi się we wspomnieniach: "Wszyscy prawdziwi mężczyźni powymierali" - powiada. Wyrzuca synowi, że przez niego zaniknie ich nazwisko, ponieważ nie postarał się o potomka. W końcu syn przypomni sobie, że miał syna, który urodził się jakieś siedemdziesiąt lat temu. Nie pamięta nazwiska matki, wie tylko, że pochodziła z wioski po drugiej stronie. Ojciec każe sobie przynieść dawno nieużywaną nogę i za jego namową wyruszają na poszukiwania. W czasie wędrówki ojciec wypytuje syna o matkę swego wnuka, a mijane miejsca wskrzeszają pamięć minionych czasów, drobnych zdarzeń, które zyskują sentymentalny kolor, np. w zdaniu: "Czterdzieści lat temu kradliśmy jabłka z tego sadu". Przez całe życie zarówno ojciec, jak i syn nie wyściubili nosa poza swoją "miedzę", syn raz nawet próbował, ale, jak kpi ojciec, zanim smród po nim wywietrzał, już był z powrotem.
Po drodze zwiedzają miejscowy cmentarz, żeby przekonać się, kto jeszcze został. Oglądając nagrobki wspominają dawnych kompanów. Dla syna to zbyt wiele wrażeń, chce wracać, ale ojciec go wyśmiewa. Na cmentarzu spotykają starą (jak oni) kobietę, Sal. Stara rozpoznaje ich, pamięta też, że była z nimi kobieta, żona i matka. Ojciec z wielką czułością wspomina swoją żonę, która odeszła przedwcześnie. Sal opowiada im też o współczesnym świecie, o którym obaj mężczyźni nie mają pojęcia:

"SAL  Siedzą przed komputerem cały dzień, a w nocy dźwigają ciężary… Na siłowni.
TA  Naprawdę?
SAL  No… Dzieci posłali do prywatnej szkoły — sami słowa z nimi nie zamienią. Posadzą przed telewizorem, rano nakarmią, odstawią, odbiorą po zmroku, micha i do łóżek. Nie ma dziwne, że nie potrafią ze sobą gadać.
TA  Ano nie.
SAL  Chyba że przez telefon. Komórkowy!
TA  Poważnie?"

Mężczyźni usiłują dopytać się o dziecko, które prawdopodobnie przyszło na świat siedemdziesiąt lat temu. Sal grzebie w pamięci, ale z podanych kandydatur żadna nie może pasować. Kobieta radzi im udać się do ojca Rice, który prowadzi archiwum narodzin i śmierci okolicznej ludności. Syn nie chce iść dalej, ale ojciec nie zamierza rezygnować. Podczas drzemki śni mu się zmarła dawno żona. Stary przyjmuje to za dobry znak. Jednak syn, który prawdopodobnie przez całe swoje stuletnie (!) życie był pod absolutną władzą ojca, zaczyna spierać się z nim o uniwersalia:

"Co to jest ta tradycja, z której czerpiesz energię? Co…? To, że twoje pra pra prawnuki będą powtarzać te same historyjki, które ty powtarzasz mi teraz? I powtarzałeś całe życie? To jest to? Tego chcesz? To jest tradycja? Żeby wszyscy stali w miejscu i patrzyli za siebie?"

Ale to syn jest bardziej zachowawczy, nie chce kontynuować poszukiwań ("śmierci się boję , ale i życia też się boję"), ale w końcu, prawdopodobnie tak jak zawsze, ulega ojcu. Duchowny opowiada im krążącą po wiosce historię cudownego poczęcia niejakiej Marie. Ojciec i syn nabierają pewności, że trafili na właściwy ślad. Syn syna żyje i sam ma już gromadkę swoich synów. Ta wiadomość to dla ojca w pewnym sensie spełnienie, nie chce już poznawać swojego wnuka, wystarczy mu świadomość, że on jest, że istnieje. Świat dzięki temu zyskuje prawidłowy wymiar. Ojciec czuje, że wzywa go ukochana żona, którą zobaczył we śnie. Jest gotowy do odejścia. Ginie w ciemnościach ku rozpaczy bezradnego syna.

Ta oryginalna sztuka utrzymana jest w niesamowitym klimacie. Izolacja bohaterów miejscami przypomina atmosferę teatru absurdu, obaj żyją wśród cudownych opowieści, które wraz z kolejnym opowiedzeniem nabierają niezwykłych atrybutów. Rzeczywistość tych bohaterów ma trochę magiczny charakter, to takie irlandzkie Macondo ze Stu lat samotności Marqueza.
Ważnym elementem tekstu jest irlandzki patriotyzm zabarwiony pychą i wyssaną z krwią matki nienawiścią do Anglików. Ojciec mówi w pewnym momencie:

"Najeźdźcy… Zmieniają nas na siłę… Stwarzają konkurencję tam, gdzie nie trzeba… Wykończyć nas chcą… Nic dobrego z tego nie ma… Tylko chciwe się ludziska robią… Siedzenie w Irlandii nie robi z ciebie Irlandczyka. To się ma w genach. Charakter… Dumę… Tradycję!"

Sztuka ma wiele znaczeń, może być odczytana zarówno na tym pierwszym, na poły realistycznym poziomie, ale nieokreśloność miejsca i czasu daje również możliwość głębszego jej odczytania. To bezsprzecznie jeden z bardziej intrygujących irlandzkich tekstów ostatnich lat, w dodatku w bardzo dobrym przekładzie.